Choose language:

Witamy na stronach internetowych miasta Bytom
23 listopada 2017, Adela, Felicyta, Klemens

Mapa miasta Kontakt Dla mediów Druki Związek Subregionu Centralnego

Msza w Zaduszki 1889 roku

Msza w Zaduszki 1889 roku Data publikacji: 10 grudnia 2013



Był wieczór Wszystkich Świętych 1889 roku, gdy wdowa Barbara Koston postanowiła uczestniczyć w porannej mszy za zmarłych w Dzień Zaduszny, odprawianej w miechowickim kościele o godzinie piątej rano.

Przed udaniem się na spoczynek pomodliła się jeszcze za dusze opuszczone jednocześnie prosząc je o zbudzenie jej w porę, by zdążyć mogła na czas mszy. Jak prosiła, tak została też na czas obudzona. Wydawało jej się, co prawda, że zbyt krótko spała, ale ponieważ zwykła była wcześnie wstawać, ubrała się szybko i udała w drogę do kościoła św. Krzyża w Miechowicach.
Była to ponura, listopadowa pora i żadnego człowieka na drodze do kościoła, a ciemność wkoło nieprzenikniona.

 W pośpiechu nawet nie spojrzała na swój stary, wysłużony zegar wiszący na ścianie pokoju, więc nie była też pewna, która to dokładnie godzina, lecz nie chciała zawracać do domu. Droga jej prowadziła poprzez cmentarz. Brama była otwarta, więc chyba to już ranek, pomyślała. Nawet boczne drzwi kościoła w pobliżu zakrystii stały otworem. Zastanowiła ją jednak ta dziwna wprost święta cisza. Wręcz zatrważające to było, że żywej duszy nie było nigdzie widać. Wtem usłyszała kroki. Obejrzała się i zobaczyła z miejsca grobu zmarłego proboszcza Preussa kroczącego w sutannie w stronę kościoła. Dla pani Barbary był to widok mrożący krew w żyłach. Nie mógł to być ksiądz Marx, miejscowy duszpasterz, bowiem dobrze go znała, a poza tym nie została otwarta furtka prowadząca z podwórza farskiego. Na probostwie zaś panowała absolutna cisza.

Także proboszcza Preussa znała zbyt dobrze, by się teraz mylić. To był przecież on! Zdecydowanie, choć drżąc ze strachu zanurzyła swoją spracowaną dłoń w kropielnicy, przeżegnała się wodą święconą i weszła do kościoła. Nie było w nim jeszcze nikogo. Korzystając ze światła wiecznej lampki zbliżyła się do ołtarza Serca Jezusowego i zajęła przy nim swoje stałe miejsce. Miała stąd dobry widok na główny ołtarz.
Nagle pojaśniało w kościele, choć nikt nie zapalał świec, a następujące po sobie zdarzenia przyprawiły panią Barbarę o skurcz serca. Kościół bezgłośnie zapełniał się ludźmi, którzy milcząco zajmowali miejsca stojące.

Pani Barbara spojrzała na ich poważne oblicza, lecz nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Doprawdy było to przedziwne! Czyż tam przy filarze – to nie Bartek Grabowski, który prawie 50 lat temu zmarł w wieku 65 lat, a którego znała jeszcze będąc dzieckiem? A tuż obok niej – wielkie nieba – toż to jej własna matka, niema i poważna! Choć bliska omdlenia, próbowała zadać matce pytanie, lecz nawet szeptu nie zdołała wydobyć ze ściśniętego gardła. A i matka wcale nie zwróciła na nią uwagi. Wtem rozległ się dźwięk dzwonka, zapaliły się świece na ołtarzu i kapłan w czarnym ornacie zbliżył się do stołu Pańskiego. Z chóru rozległa się żywiołowa muzyka organów, a dotąd milcząca rzesza duchów zawtórowała żałośnie. Pani Barbara chciała się również włączyć w ten śpiew, ale i melodia była jej nieznana, i głosu wydobyć nie mogła. Oczekiwała teraz w napięciu na dźwięk głosu kapłana i kiedy doszedł ewangelii, nie miała już wątpliwości – to był zmarły proboszcz!

Msza dobiegła końca i straszliwa cisza zaległa w kościele. Ale kapłan wrócił do zakrystii i zaintonował: „libera me Domine”. Na to odezwał się wtór głosów jakby z wszystkich grobów odpowiadano, a pani Barbara wpółprzytomna, ze ściśniętym sercem słuchała dalszych, znanych jej słów: „Dum veneris judicare saeculorum per igne, dies illa, irae, calamitatis et miseriae, dies magna et amare, valde” (Kiedy przyjdziesz sądzić świat przez ogień, ów dzień, dzień gniewu, nieszczęścia i grozy, potężny i gorzki dzień).
Wtedy podniósłszy ręce, osunęła się nieprzytomna na posadzkę.

Gdy doszła do siebie, było cicho dookoła, żadnego człowieka i tylko słaby blask wiecznej lampki wskazywał jej drogę do drzwi. Gdy wyszła na zewnątrz, drzwi kościoła ze szczękiem się zamknęły. Rozejrzała się jeszcze po cmentarzu i otoczeniu probostwa, lecz wszędzie panowała absolutna cisza. Pospieszyła więc do bramy, która na szczęście stała nadal otworem i nie wiedziała jak znalazła się znowu w domu. Gdy zerknęła na zegar, ku przerażeniu stwierdziła, że była dopiero godzina druga w nocy. Wtedy to zrozumiała, że uczestniczyła w mszy w godzinie duchów, o północy. O czwartej nad ranem obudził ją ruch wdomu. To sąsiedzi obudzili się i szykowali do wyjścia na poranną mszę. Wstała też i pani Barbara, by pójść do kościoła. Na korytarzu spotkała sąsiadkę zza ściany, Mariannę Kirszniok, która ją zapytała, gdzie też to nocą wychodziła, by po dwóch godzinach powrócić. Pani Barbara nic nie odpowiedziała i milcząco udała się do kościoła. Tam modliła się za zmarłego księdza proboszcza i swoją matkę. Po długim czasie dopiero opowiedziała o całym zdarzeniu księdzu biskupowi Marxowi.

[Chrobok L.: Sagen von Miechowitz, Miechowitz 1926, s. 9-12]




Nasz serwis używa informacji zapisanych za pomocą cookies w celach statystycznych oraz w celu dostosowania serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników.
W przeglądarce internetowej możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies. Dowiedz się więcej na stronie polityka prywatności.